Bike Island Days - 28 czerwca - 3 lipca

No i przyszedł wyczekiwany czwartek. Obudziłem się rano i niestety zobaczyłem za oknem krople wody sączące się z nieba. Wyjazd mieliśmy zaplanowany (Lewaj, Bodzio i ja) na dziewiątą, ale po szybkich uzgodnieniach telefonicznych przesunęliśmy go o pół godziny. Okazało się, że słusznie, bo przestało padać, chociaż niebo wcale nie przejaśniało. Lewaj przyjechał po mnie do domu i ruszyliśmy napoić nasze rumaki etyliną i zaraz potem popędziliśmy je pod KFC. Tam okazało się, że nie będziemy jechać na trzy maszyny, a na pięć i to tylko do Krzyżowej, gdzie czekać miał jeszcze jeden biker. Zebrał się też niewielki komitet pożegnalny, zrobiono troszkę fotek i ruszyliśmy w kierunku Wyspy Sołtysiej na jeziorze Lubie. Pierwszy, króciutki przystanek mieliśmy w Lipianach przy A18.

Czekał na nas Bogu z Wrocka. W dalsza drogę ruszyliśmy już w sześć maszyn i siedmioro jeźdźców. Zjechaliśmy z autostrady i przez Szprotawę, Kożuchów, gdzie, co niektórzy tankowali, a inni ubierali się w stroje wodoodporne, wjechaliśmy na S3. Kolejny, dłuższy nieco postój zrobiliśmy za Zieloną Górą w okolicy Sulechowa. Tam też spotkaliśmy Zielaka z ekipą i kilku innych motocyklistów kierujących się na Biker Island Days. Po zatankowaniu maszyn i ludzi z lekkim falstartem ruszyliśmy we trzech (znowu Lewaj, Bodziu i ja) w kierunku Świebodzina, Międzyrzecza, Skwierzyny i w Strzelcach Krajeńskich znów krótka przerwa na tankowanie (jak to, co niektórym spalają te ich rumaki). W miejscowości Dobiegniew zatrzymujemy się w zajeździe poleconym przez pana w Strzelcach Krajeńskich, by nakarmić jeźdźców. Zajazd okazał się niewielką budką, ale jedzonko było smaczne i pani za ladą miła, uśmiechnięta i szczera ;) Po wypełnieniu naszych żołądków ruszyliśmy na Kalisz Pomorski i w Drawsku Pomorskim znowu tankowanie maszyn. Swoją też zalałem. Stąd został już nam rzut sportowym beretem do Błędna – miejsca zlotu. Ale zanim tam dotarliśmy zostaliśmy dokładnie skontrolowani oraz skatalogowani przez Policję, która szczelnie obstawiła wszelkie drogi dojazdowe do miejsca spotkania. Po dotarciu na spore pole pokryte sianem, które miało służyć, jako pole namiotowe, wybraliśmy kawałek ładnego, w miarę równego terenu przy samym lesie i rozbiliśmy obóz. Po rozpakowaniu, przebraniu i ustawieniu namiotów i maszyn ruszyliśmy zwiedzać i poznawać teren zlotu. Wjazd na wyspę, wbrew informacjom na stronie organizatora zlotu, okazał się płatny i kosztował jedyne pięć dych. Program imprezy na czwartek również miał się nijak do rzeczywistości. Pod sceną na wyspie, na której jakowaś kapela grała światowe hity różnych wykonawców, bawiło się może z dziesięć osób. W knajpce na piętrze jedynego budynku na wyspie spora grupa fanów piłki nożnej oglądała mecz. Dobrze po północy wróciliśmy do naszego obozowiska. W środku nocy, dobrze bawiąca się wiara zaczęła porozumiewać się między sobą przy pomocy dźwięków wydawanych przez swoje motocykle. Ciężko było się wyspać.
W piątek skoro świt udaliśmy się do pobliskiej miejscowości o nazwie Lubieszewo, aby zaopatrzyć się w artykuły pierwszej potrzeby (czytaj piwo ;) ). Po śniadaniu Sebastian i Wiola zaczęli szykować się do wypadu do Kołobrzegu. Postanowiłem pojechać z nimi. Spędziłem fajny dzień. Wróciliśmy tuż po siedemnastej, ale organizator w dalszym ciągu miał za nic program imprez mających odbywać się w trakcie zlotu. Dopiero pod wieczór coś zaczęło się dziać na scenie na wyspie. Występ artystyczny trzech pań oraz koncert zespołu Lombard. I znów do obozowiska wróciliśmy późną nocą. W nocy padało. Znowu się nie wyspałem. W sobotę przed południem, po wyschnięciu namiotu postanowiłem opuścić tę żałosną imprezę i udałem się przez Szczecinek do Ustki. Tam wreszcie odpocząłem. W niedzielę ruszyłem do Gdańska. Spacery plażą, piękne jachty, regaty i słodkie lenistwo… W poniedziałek ruszyłem do centrum, a stamtąd na Wdzydze. Po drodze zatrzymałem się przy Muzeum Hymnu Narodowego w Będominie. We Wdzydzach część dalsza słodkiego lenistwa – kajakiem po Krzyżu jezior kaszubskich. Po kilku godzinach operowania słońca na moje nienasmarowane żadnym kremem ciało musiałem to odczuć boleśnie. Czerwona skóra i po kilku dniach łuszczący się naskórek. We wtorek rano, po wysuszeniu pokrowca na Radzia i namiotu zmoczonych sowicie przez nocną burzę ruszyłem w kierunku Zgorzelca, gdzie dotarłem kole godziny osiemnastej. Wróciłem bogatszy o nowe znajomości i nowe doświadczenia zostawiając za sobą prawie 1400 km gorszego lub lepszego jakościowo asfaltu.

Jak zwykle troszkę fotek do obejrzenia w galerii.
Możecie również poczytać i popatrzeć na fotki na stronie Grupy Motocyklistów ze Zgorzelca.

Okładka książki "Głupia książka"

Debiut literacki mojej Przyjaciółki.
Zachęcam i polecam!