Przeprawa promowa - 29 maja

Dość długo planowałem ten krótki wypad. Już w ubiegłym sezonie chciałem zobaczyć i przeprawić się promem przez Odrę w miejscowości Chobienia. No i wczoraj zrealizowałem to zamierzenie. Rano wyjechałem z domu nie tankując nawet Radzia do pełna. Ruszyłem na Bolesławiec, miasto, w którym zostawiłem dwa lata swojego młodego życia, służąc ojczyźnie w zasadniczej służbie wojskowej. Miasto, w którym na świat przyszła moja córka. Jednostek wojskowa, w której służyłem ciągle jest, ale troszkę się pozmieniało. Nie ma już bramy głównej w dawnym miejscu - została przeniesiona nieco dalej, w głąb jednostki; tym samym teren wojska się skurczył. Wspomnienia wspomnieniami, ale czas ruszać na Lubin. Czarny pas asfaltu jest równy, szeroki, prowadzi mnie do Chojnowa i tam odbijam na Lubin. Droga kręci się i wije, ale tuż za Chojnowem nawierzchnia pozostawia wiele do życzenia. Przejeżdżam przez Lubin i zdążam do Ścinawy, aby tam "sforsować" Odrę, ale jeszcze nie promem.

Na drugi brzeg dostaję się mostem i jadę dalej. W Krzelowie odbijam na północ i zmierzam do Chobieni. Na miejsce przybywam ok. 12.25 i jakże miło jestem zaskoczony rozkładem "jazdy" promu. Z prawego brzegu odbija, co godzinę, ale w połowie godzin. Więc za pięć minut odjazd. Ucinam jeszcze krótką pogawędkę z obsługą promu, panowie zapraszają mnie na pokład i jako jedyny pasażer, nie licząc Radzia, zostaję przeprawiony na drugi brzeg. Prom wykorzystuje do napędu nurt rzeki i to w jedną jak i w drugą stronę. Panowie z obsługi używają specjalnych chwytaków do stalowej liny i ustawiają stateczek pod odpowiednim kątem do prądu Odry. Dowiaduję się jeszcze, że poziom wody jest niski i dlatego prędkość jest żółwia. Po zjechaniu na ląd jeszcze kawałek jadę drogą 334 by zjechać z niej na drogę numer 292 i udać się do Głogowa. Po niespełna trzech kilometrach rozpoczyna się równy, prosty odcinek drogi 292, który przez ok. 17 km wiedzie przez łąki i pola. Ruch jest prawie żaden, na całym odcinku spotkałem może cztery samochody. W Głogowie zatrzymuję się na chwilkę, kupuję piórnik i podgrzewane manetki dla Radzia i jadę do Zielonej Góry. Krążę chwilkę urokliwymi uliczkami wokół zielonogórskiego rynku, parkuję i spędzam kilka chwil spacerując i fotografując architekturę. Kiedy moje kości dają mi znać, że znów mogą spędzić troszkę czasu w siodle Radzia, dosiadam go i zmierzam w kierunku Szprotawy, gdzie zatrzymują się w przydrożnym barze orientalnym, aby posilić ciało przepyszną kaczką na ostro. Posiliłem i napoiłem ciało, więc mogłem śmiało udać się w kierunku domu. To już tylko 90 km. Przed godziną osiemnastą jestem na miejscu. Troszkę zmęczony, ale bogatszy w kolejne doświadczenia, wrażenia i widoki. Przejechałem w tym dniu 245 mil, czyli niespełna 400 km. Kilka fotek jak zwykle do zobaczenia w galerii.

Okładka książki "Głupia książka"

Debiut literacki mojej Przyjaciółki.
Zachęcam i polecam!