To chyba choroba

W środę skoro świt, gdzieś tak o dziesiątej rano, zadzwonił Marek, że jest już prawie gotowy. Obudził mnie, więc niewiele jeszcze do mnie docierało, ale spojrzałem na termometr - pokazywał 1,5 stopnia. Pomyślałem, że Marek zwariował, albo jest we Włoszech. Rzuciłem się do okna i zobaczyłem szron na trawie. Obudziłem się zupełnie i w zasadzie już rezygnowałem z przejażdżki, ale w innym oknie - tym wychodzącym na wschód - zobaczyłem, że słońce ładnie świeci, a powierzchnia bruku jest pozbawiona zamarzniętej wilgoci. Tyle w zasadzie mi wystarczyło do podjęcia decyzji. Padło krótkie: przyjedź po mnie. Zacząłem się szykować. Nie liczyłem na cudowne ocieplenie klimatu w ciągu godziny czy dwóch, więc ubrałem się jak na zimę. Przed dwunastą motocykle były zatankowane, a my omawialiśmy możliwe warianty wycieczki. Drogi na południe wyeliminowaliśmy od razu ze względu na jeszcze niższe temperatury w górach. Autostrady odpadają niejako z urzędu. Został kierunek na północ lub wschód. Stanęło na tym, że ruszymy na wschód, by w Bolesławcu odbić na północ i zrobić przystanek na popas w Szprotawie. Kaczka u chińczyka była rewelacyjna (mimo sensacji żołądkowych Marka, które to próbował zrzucić na karb biednego drobiu) jak zawsze. Ze Szprotawy skierowaliśmy się na Głogów, Polkowice, Chocianów i Bolesławiec. Stąd do Zgorzelca i troszkę odprowadziłem Marka na Bogatynię.
Blisko 300 km na zegarku i definitywne zakończenie sezonu oraz przekonanie o nabyciu w najbliższym czasie cieplejszych rękawic to bilans ostatniej w tym roku wycieczki.

Lewa w górę i do wiosny.

Okładka książki "Głupia książka"

Debiut literacki mojej Przyjaciółki.
Zachęcam i polecam!